niedziela, 4 października 2015

"Rytuał" (18+)





To było jak rytuał. Jej własna mantra, powracająca karma, spełniająca się przepowiednia... I trwało to już od ponad miesiąca. Co noc ten sam schemat. Ponury dom, brzydka, stara kuchnia i atmosfera strachu. Trwała przecież wojna, a oni byli w samym jej centrum. Zagubione, potłuczone dusze.

♀♂

Gapił się na nią przy każdej kolacji. Siadał na przeciwko i leniwie sunął wzrokiem po jej ciele, a ona nie potrafiła przełknąć nawet kęsa. Ignorowała gadającą do niej Ginny, Rona, który bezsensownie paplał i uwagi pani Weasley odnośnie tego, jak schudła. Wbijała wzrok w pusty talerz, doskonale wiedząc, że to kolejna część rytuału i musi przez niego przejść, jak przez wszystkie kolejne.


♀♂

Wchodzili po schodach do ich sypialni. Grimmauld Place nadal pozostało starym, ponurym domem, ale było też wspaniałą kryjówką przed szalejącą za jego murami wojną. Nikt z nich nie lubił wychodzić na zewnątrz. Tu było bezpiecznie... Dla ich ciał. Bo ich dusze wciąż były rozbite. Kolejny etap rytuału. Delikatne muśnięcie łopatki i cichy szept w jej uchu.
- Nie spóźnij się...
Szybkie skinienie głowy. Wiedziała, że pomimo porannych postanowień i tak się złamie. Rytuał tego wymagał. Nikt nie widział tego błysku satysfakcji w jego oczach ani tego pogodzenia w jej. Wojna zobojętniała na problemy innych.

♀♂

Jeden oddech, dwa, trzy. Ich regularność zawsze informowała, że jej ruda przyjaciółka, z którą dzieliła pokój, słodko zasnęła. Wstawała, cicho stąpając i pilnując, by drewniana podłoga nie skrzypiała. Łazienka. Satynowa koszulka. Zaklęcie wyciszające. Teleportacja piętro wyżej. On już czekał.

♀♂

Zawsze leżał w swoim wielkim łóżku, palił papierosa albo popijał whisky. Ciemnozielona, satynowa pościel cudownie kontrastowała z jego bladym ciałem. Witał ją krzywym uśmiechem, zadowolony, że znów spełniła jego życzenie. Rytuał musiał odbyć się tak, jak należało.
- Rozbierz się. Powoli. – To nie była prośba, tylko chłodny rozkaz, ale działał na nią bardziej niż najmocniejszy alkohol. Rozpalał płomień, który tlił się cały dzień. Zsuwała delikatne ramiączka satynowej koszulki tak, by ta upadła do jej stóp. Później stanik, zawsze koronkowy, gdyż kiedyś wyznał, że ten materiał działa na niego najbardziej.
Powolny ruch, by go rozpiąć, powolny gest, by zsunąć go z ramion. Koronkowe stringi z kompletu zawsze zostawały. Lubił sam się ich pozbywać. Szybkim ruchem odsuwał z siebie kołdrę, a ona skupiała wzrok na jego wielkiej erekcji. To ona to sprawiła. To zawsze było jej dzieło.
- Chodź tu – lubiła, gdy jego głos był taki ochrypły. Cudownie było go wtedy słuchać. Posłusznie wspinała się na łóżko tak, by mógł obserwować jej pełne piersi. Wyciągał rękę i delikatnie dotykał palcami jej różowego sutka, z lekkim uśmiechem patrząc na jej zarumienioną twarz. - Wiesz co masz robić – kolejny rozkaz, który wykonywała bez najmniejszego szemrania. Pochylała się i zaczynała pieścić jego męskość, chciwie wyłapując każdy cichy jęk, jaki opuszczał jego usta. Najpierw zajmowały się nim jej ręce, powoli, nieśpiesznie tak, by jak najbardziej go pobudzić. Czuła, jak jego ciało spina się i drży w oczekiwaniu na rozkosz. To rytuał. Oboje wiedzieli, co będzie dalej. Pochylała się, a jej język stykał się z tą gorącą erekcją. Seria krótkich liźnięć i podmuchów chłodu, a później zamykała nabrzmiałe usta wokół niego, wiedząc, że szczyt jest już blisko. On też to wiedział, gdy wplatał palce w jej włosy, by jeszcze pogłębić swoją rozkosz. Przygryzał wargę, by nie wykrzyczeć jej imienia – tego przecież rytuał nie obejmował.
Dawała mu chwilę na dojście do siebie, drżąc z oczekiwania na to, co będzie dalej. I było. Zawsze.
Gwałtownym ruchem przewracał ją na plecy, wpijając się w jej usta z brutalną zachłannością. Lubiła sobie myśleć, że tym pocałunkiem dziękuje jej za dopiero co przeżyty orgazm. Zaraz później jego usta schodziły w dół, na jej szyję, a później jeszcze niżej. Uwielbiała ten moment, gdy jego sprężysty język zabawiał się z jej sutkami, a delikatne przygryzienia jego zębów były tym, co wspominała w najbardziej nudnych chwilach minionego dnia. Ta zabawa dawała jej ogromną przyjemność, ale wciąż oczekiwała na to, co dalej.
Kolejny etap. Kolejny krok... Pocałunki schodzące coraz niżej, ruchliwy język w jej pępku, dotyk chłodnych dłoni na jej udach, szybki ruch, który pozbawiał ją ostatniego skrawka odzienia, a potem to, czego chce każda kobieta. Głęboki pocałunek tam, gdzie go potrzebowała. Cudowna pieszczota jej kobiecości, wołającej i dążącej do spełnienia. Tak... On wiedział jak jej to dać. Wplatała palce w jego platynowe włosy i jęczała, rozkoszując się każdym ruchem jego języka, każdym pocałunkiem w najczulszym punkcie jej ciała, aż wreszcie dochodziła długo i mocno... Jednak rytuał musiał trwać dalej. Podciągał się na łokciach i mocniej rozsuwał jej nogi tak, by móc wejść w nią tak głęboko, jak chciał. Obejmowała go ramionami, wbijając paznokcie w jego plecy tak, jak on wbijał zęby w jej szyję. Zawsze pozwalał sobie na kilka sekund bezruchu, by dać im obojgu czas na pełną akceptację jedności, jaką właśnie tworzyli, a zaraz później zaczynał posuwać ją szybko i płynnie, a ona wysuwała biodra w jego kierunku, dążąc do wspólnego rytmu i wspólnego spełnienia. Tego potrzebowali i to sobie nawzajem dawali. Orgazm i zapomnienie – dwie rzeczy, które choć na chwilę odrywały ich myśli od okropieństw wojny. Codziennie ten sam rytuał, te same splecione w namiętności ciała i dążenie do satysfakcji, największej ze wszystkich. Znała go dobrze. Jego ciało wyraźnie mówiło jej, kiedy jest blisko. On też to wiedział. I mówił to, na co zawsze czekała.
- Dojdź dla mnie Granger. Teraz. – Kolejny rozkaz.
A ona go słuchała. Jej ciało go słuchało i zalewała ją kolejna fala rozkoszy, którą on przyjmował z pomrukiem własnego zadowolenia. Rytuał powoli dobiegał końca. Dwa orgazmy dla każdego. Zawsze jeszcze chwilę leżał na niej, próbując uspokoić swój oddech, a ona cieszyła się tymi ostatnimi sekundami, gdyż wiedziała co za chwilę usłyszy.
- Możesz już iść. - Nic więcej tylko te trzy słowa. Żadnego pocałunku na pożegnanie, nawet spojrzenia. Wstawał i wychodził do łazienki, a ona w tym czasie ubierała się szybko jak kochanka, która zaraz może zostać przyłapana i wymykała się z pokoju, by na palcach wrócić do swojej sypialni. Jej własny spacer wstydu, podczas którego przysięgała sobie, że to był ostatni raz...

♀♂

W najbardziej nudnych godzinach popołudnia, gdy ani książka, ani kolejne planowanie strategi wojennej nie dawało jej rozrywki, lubiła siadać w fotelu w salonie i wspominać. Ron i jego bracia zazwyczaj grali w szachy, Ginny projektowała kolejną wspaniałą kreację w swoim szkicowniku, Harry gapił się w dal, rozmyślając, albo walcząc z własnymi demonami, a pani Weasley robiła kolejny sweter na drutach. Reszta była zazwyczaj rozsiana po misjach. Tak jak on. Czasem miała wrażenie, że martwi się o niego, innym razem myślała co by było, gdyby nie wrócił dziś na kolację. Najczęściej jednak wspominała, jak to wszystko się zaczęło. Wciąż sama nie mogła uwierzyć, że wdała się w ten chory romans ze swoim wrogiem. Jednak jej myśli nigdy nie skupiały się na tym, jak to wszystko przerwać. Wiedziała, że to i tak nie miałoby sensu...

♀♂

Pamiętała to, jakby zdarzyło się dosłownie przed chwilą. Kolacja, dzień jak co dzień. Nauczyła się już ignorować to, że Malfoy siadał na przeciwko niej. Nie znosiła jego przenikliwego spojrzenia, tak więc zajmowała się rozmową z Ginny bądź Harrym, byleby nie musieć wciąż myśleć o tych wlepionych w nią oczach. Miała wrażenie, że czegoś od niej chce... A ona nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Przecież dopiero od dwóch tygodni stali po tej samej stronie i przestali na siebie wrogo posykiwać w każdej możliwej chwili. Nie oznaczało to jednak, że zaczęła go lubić. Mogła żywić do niego pewnego rodzaju podziw – w końcu zdradził i zmienił strony, a to na pewno nie było łatwe, ale to było jedyne pozytywne uczucie, jakim była w stanie obdarzyć Dracona Malfoya, pana aroganckiego arystokratę z niesamowicie ładnymi oczami.
Tego wieczoru przypadał jej dyżur na pozmywanie wszystkich naczyń po kolacji. Lubiła to robić mugolskim sposobem. To uspokajało jej mocno skołatane nerwy. Zakasała rękawy i zabrała się do pracy, w czasie gdy dwanaście osób, które jadło dziś kolację w kwaterze Zakonu przeszło do salonu tuż obok, by napić się czegoś mocniejszego przed snem. Nikt nie zaofiarował się nawet, by wycierać naczynia, więc zaczarowała ścierki, by same to robiły. Nuciła pod nosem jedną z ulubionych mugolskich melodii, pieczołowicie myjąc kolejny talerz, gdy to się właśnie stało. Najpierw poczuła jego gorący oddech na swojej szyi, a później duże dłonie przytrzymujące ją w talii. Przycisnął do niej swoje biodra, a ona pisnęła cicho.
- Nie bój się, mała... Nie zrobię niczego, co nie byłoby przyjemne... - wyszeptał jej do ucha, a jej ciało przeszył dreszcz.
- Odwal się, ty... - Nie zdążyła dokończyć, bo niezbyt delikatnie ugryzł ją w szyję, a zaraz potem jego ręce powędrowały pod jej niebieską koszulkę, a później dalej do jej piersi. Zacisnął na nich swoje dłonie, nadal pieszcząc jej szyję, a ona nie potrafiła powstrzymać cichego jęku. Jej ciało zelektryzowało wręcz pożądanie, a fakt, że doprowadził do tego dotyk Malfoy'a zamiast ją obrzydzić, tylko spotęgował to uczucie.
- Spokojnie Granger, wiem, że tego potrzebujesz. Dam ci to teraz. Odrobina zapomnienia dla panny doskonałej – mruczał jej do ucha, delikatnie zahaczając je zębami, a jedna z jego dłoni dostała się pod jej koronkowy stanik.
- Przestań! Ktoś tu może wejść – wychrypiała, a jej oddech znacznie przyspieszył. W odpowiedzi roześmiał się cicho i ścisnął w palcach jej sutek.
- Na tym właśnie polega cała zabawa. – Po tych słowach druga z jego dłoni zsunęła się w dół, najpierw na jej nagie udo, a później w górę, pod spódnicę w kratkę i dalej do jej koronkowych fig. - Uwielbiam koronki, niepoprawna Gryfonko – mruknął, pieszcząc językiem jej szyję. Oddychała coraz szybciej, nie potrafiąc zapanować nad reakcjami własnego ciała. Zacisnęła dłonie na kancie zlewu i gorączkowo usiłowała wymyślić, jak przerwać to, co się działo. W pokoju obok siedziało jedenaście osób... Co jeśli ich przyłapią? Jej obawy odeszły jednak w zapomnienie, gdy długie, chłodne palce Dracona przeniknęły pod materiał jej majtek. Jego dotyk w tym rozgrzanym miejscu był jak wybuch fajerwerk. Nie myślała już o tym, by go odepchnąć, tylko o tym, by szerzej rozstawić nogi i pozwolić mu na to, co chciał zrobić. Niemal mogła poczuć, jak chłopak uśmiecha się sam do siebie przy jej szyi. Jedna ręka ściskała jej pierś, jego usta pieściły jej wrażliwą szyję, a jego palce zajmowały się jej spragnioną wrażeń kobiecością. Opuściła głowę, czując palące rumieńce na swej twarzy i zamknęła oczy. Wiedziała, że to zaraz się stanie... i miała rację. Nie minęła chwila, a rozpadła się na miliony kawałków w cudownym spełnieniu. Odrzuciła głowę w tył, opierając ją o jego ramię, wciskając swoje ciało w jego, a on wciąż trzymał ją w żelaznym uścisku w swoich męskich ramion. Gdy wyczuł, że nieco się uspokoiła, szybkim ruchem odwrócił ją do siebie, po czym pocałował lekko jej usta. - Jeden zero Granger, musimy to jakoś wyrównać. Będę czekał w moim pokoju. Nie spóźnij się... - Kolejny lekki pocałunek i już go nie było. Wyszedł z uśmiechem triumfu z kuchni, a ona została sama, z ospałym po orgazmie ciałem i stertą naczyń do pozmywania.

♀♂

Wszyscy wiedzieli, że finał wojny się zbliża. To było jak drobna zadra na skórze, która powoli zamieniała się w większą ranę. Przeczucie, które nie pozwalało im normalnie funkcjonować. Patrzyli na siebie nerwowo, zastanawiając się, czy już wkrótce nie przyjdzie im się pożegnać. Strach i rozpacz powoli się w nich potęgowały i nic już nie potrafiło dać im radości. Oboje wiedzieli, że to, co połączyło ich w czasie wojny, nie jest niczym na dłużej. Serwowali sobie wzajemną przyjemność, rozrywkę i relaks, ale nie było w tym żadnych uczuć. Oboje usiłowali się o tym przekonać. Aż do czasu, gdy Draco nie wrócił na noc z jakiejś misji. Nie zmrużyła oka ani na sekundę, siedząc w kuchni i popijając herbatę na zmianę z kawą. Chodziła od okna do okna, to znów nasłuchując na korytarzu, marząc już o tym, by wreszcie wrócił. Cały i zdrowy. Mógł być jak zwykle nieuprzejmy i zgryźliwy. Mógł z niej szydzić, jak robił to wielokrotnie przy innych pomimo ich nocnych relacji, byleby wrócił. To było wszystko, czego chciała. Jednak on nie wracał, mijała godzina za godziną, a ona coraz bardziej nerwowo zaciskała dłoń na kubku z kawą. Nie wyobrażała sobie, co będzie, jeśli okaże się, że... Nie chciała dopuszczać do siebie takich myśli, tak jak nie chciała dopuszczać tych, że kierują nią jakieś głębsze uczucia. Nie mogło ich być. Nie względem niego...

♀♂

Wrócił zmęczony i ranny...
Wrócił tylko po to, by poinformować ich, że wielka bitwa zaraz się zacznie. Śmierciożercy napadli na Hogwart, chcąc wymordować uczniów. Zakon nie mógł na to pozwolić i Voldemort doskonale o tym wiedział. Nadszedł finał wojny. Bitwa ostateczna. Hermiona w pośpiechu pakowała do specjalnie powiększonej torby wszystko, co mogło im się przydać. Eliksiry, bandaże, wodę... Biegła właśnie do swojej sypialni, by zabrać jeszcze kilka koców, gdy spotkała go na korytarzu. Złapał ją za ramię i przyciągnął do siebie, bez ostrzeżenia całując mocno i zachłannie.
- Co musiałbym zrobić, byś tam nie poszła? Byś została tutaj...- zapytał, a ona z przerażeniem odkryła, że jego oczy nie są już pełne chłodnego opanowania. On się bał.
- Sam też musiałbyś zostać – odpowiedziała, hardo patrząc mu w oczy. W tej chwili oboje zrozumieli, że rytuał, który odbywali razem każdej nocy, nie wiadomo kiedy stał się czymś więcej. Dla nich obojga.
- Nie daj się zabić, Granger – poprosił, nim znów ją pocałował. Oderwała się od niego i pogłaskała jego blady policzek.
- Nie dam, jeśli i ty się nie dasz, Malfoy. - Uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym skinął głową, a blond kosmyki przydługich włosów opadły mu na czoło. Sięgnął po jej dłoń i złożył na niej lekki pocałunek, po czym odsunął się od niej i odszedł.
Nadeszła pora na spotkanie z przeznaczeniem.

♀♂

Bitwa była krwawa i niosła ze sobą wiele ofiar, ale udało im się. Zwyciężyli. Hermiona ze łzami w oczach ściskała przyjaciół, cieszą się, że przeżyli, jednocześnie rozglądając się za platynowym blondynem. Ona przeżyła, więc i on musiał. Musiał. Musiał... - powtarzała sobie niczym modlitwę. Jednak nigdzie go nie było. Po kilku godzinach odważyła się sprawdzić ciała poległych, które zostały ułożone pod jedną ze ścian w Wielkiej Sali. Odkrywała ich twarze, z bólem rozpoznając szkolnych kolegów i członków Zakonu, ale jego wśród nich nie było.
Czyżby odszedł? Czyżby nie chciał jej więcej zobaczyć? Łzy popłynęły po jej policzkach, gdy myślała o tym, że tak najpewniej się stało... Wstała, wycierając łzy i kierując się do wyjścia. Musiała odetchnąć świeżym powietrzem. Gdy była już w holu, minęła się z profesor McGonagall.
- O panno Granger, dobrze, że panią widzę. Pani Pomfrey potrzebuje pomocy w Skrzydle Szpitalnym, gdyż przenieśliśmy tam większość rannych. Czy mogłaby pani?
- Tak, pani profesor, za chwilkę – odpowiedziała grzecznie, chcąc pozostać sama ze swoim bólem.
- Rozumiem, proszę się jednak pospieszyć, zdaje się, że ktoś tam o panią pytał... - Minerwa uśmiechnęła się lekko pod nosem, widząc zdziwienie na twarzy Hermiony, a zaraz potem Gryfonka ruszyła pędem w stronę schodów.

♀♂

Był mocno ranny, ale jego życiu nic nie zagrażało. Siedziała przy jego łóżku, wciąż ściskając jego dłoń i cicho powtarzając słowa podziękowań dla wszystkich bóstw, jakie znała za ocalenie go od śmierci. Patrzyła na jego nieprzytomną twarz i wciąż nie potrafiła uwierzyć, że stał się dla niej kimś tak ważnym. Ich romans miał być nic nieznaczącą wojenną przygodą, a przerodził się w coś, co teraz było dla niej najcenniejsze. Zauważyła, że się budzi i uśmiechnęła się lekko. Nie chciała, by widział ją zmartwioną. Nie było już się czym martwić. Wojna była skończona.
- Hej, jak się czujesz? - zapytała go z czułością.
- A jak myślisz, najmądrzejsza Gryfonko? - zapytał, otwierając te piękne niebieskie oczy. Uśmiechnęła się lekko pod nosem i mocniej ścisnęła jego dłoń.
- Dobrze, że nie dałaś się zabić... – wyszeptał, patrząc jej w oczy.
- Dobrze, że ty też się nie dałeś – zaśmiała się lekko.
- To może teraz zaczniemy wszystko inaczej? Najpierw jakaś kawa, randka, kolacja, a dopiero później... - uśmiechnął się łobuzersko. Hermiona roześmiała się i pochyliła nad nim, by go pocałować.
- Czyżbyś planował zmiany w naszym rytuale? - zapytała tuż nad jego ustami.
- Możemy przecież zaplanować zupełnie nowy, lepszy – odpowiedział, nim pocałował ją po raz kolejny.

♀♂


Koniec

4 komentarze:

  1. Genialne! Boskie, cudne! nie umiem określić słowami jak bardzo mi się podobała ta miniaturka! Masz ogramny talent! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialne! Boskie, cudne! nie umiem określić słowami jak bardzo mi się podobała ta miniaturka! Masz ogramny talent! <3

    OdpowiedzUsuń