niedziela, 4 października 2015

"Mężczyzna z piekła rodem"

- Tutaj będzie siedziała ciotka Stokrotka... Doprawdy, nie wiem, po co kazali nam zaprosić te starą zrzędę! - narzekała Hermiona, machając różdżką nad wielką makietą z planem usadzenia gości.
Od ponad trzech godzin omawiały już tę obsadę stołów... Kto, gdzie, z kim i dlaczego tak, a nie inaczej. Jej przyszła teściowa dała im wielką listę z opisem koligacji w tej rodzinie i powoli wychodziło na to, że dla każdego gościa musiałby być przygotowany osobny stół, gdyż jak na razie każda wymyślona przez nie koneksja zakończyłaby się nieuchronną katastrofą całego wesela.
Ginny westchnęła cicho i potarła skronie. Od tego wszystkiego, powoli zaczynała ją już boleć głowa...
- On sobie popija whisky, a my się z tym męczymy. Dość tego! - warknęła Hermiona. - Draco! - wrzasnęła tak głośno, że jej narzeczony, który w towarzystwie swojego przyjaciela siedział przy kominku, w przestrachu wylał na siebie prawie całą szklaneczkę bursztynowego płynu. Zaraz zerwał się na równe nogi, by jak najszybciej znaleźć się przy Hermionie, która była bliska wybuchu. Ku rozpaczy i złości Ginny, zaraz za nim przyczłapał się ten zdradziecki, brudny, oślizły i uśmiechający się jak głupi do sera Zabini... Czy on zawsze musiał odwiedzać swoich przyjaciół, akurat wtedy co ona? Czy zawsze wtedy musiał uśmiechać się do niej tymi swoimi białymi kłami i rzucać jakieś dwuznaczne sugestie? I czemu to akurat on musiał zostać świadkiem Malfoy'a? Chyba tylko po to, by ją wkurzać!
- Nie denerwuj się, kochanie. Wujka Taurusa posadzimy obok kuzynki Magnolii, podobno od dawna mają się ku sobie... - tłumaczył spokojnie Draco, a Hermiona wyglądała na nieco udobruchaną jego łagodnym tonem.
- Co taka bez humorku, Wiewiórko? Poprawić ci go jakoś? Opowiem ci dowcip! - zaproponował Blaise, a Ginny przeklęła cicho w duchu, zła, że w ogóle się do niej odezwał. - Przychodzi Potter do magomedyka, a magomedyk mówi....
- Daj spokój, Zabini, znam ten dowcip o bliźnie! - warknęła zirytowana.
- Trudno cię czymś zaskoczyć, ale będę dalej próbował, skarbie... - Diabeł zbliżył się do niej, a ostatnie słowo, praktycznie wymruczał jej do ucha.
Ginny syknęła ze złości pod nosem i szybko zeskoczyła z krzesła. Nie miała zamiaru tolerować tych jego śmiesznych umizgów! Dawno już stracił swoją szansę!
- Odpieprz się! - syknęła, wychodząc do kuchni po szklankę wody.
- Mówiłam ci, Diable, że masz dać jej spokój! - przypomniała mu Hermiona.
- Nic na to nie poradzę, że nie potrafię sam sobie dać z nią spokoju – westchnął ciężko Blaise, w duchu obiecując sobie, że nie podda się tak łatwo. Był Ślizgonem, a oni zawsze dostawali to czego chcieli...

☣☣☣

Ginny napiła się wody i odetchnęła kilka razy głęboko. Wciąż nie mogła uwierzyć, że przegrywa z samą sobą w tej walce. Przecież go nienawidziła! Jak pies pchły, Ron peklowanej wołowiny, a Snape szamponu... Nie mogła na niego patrzeć, by nie wkurzyć się do granic rozsądku, ale jej ciało reagowało zgoła odmiennie. Gdy się do niej zbliżał, robiło jej się gorąco, a dłonie wilgotniały. I zamiast skupiać się na swojej szczerej nienawiści do jego osoby, ona przed oczami miała te jego cudnie wykrojone usta i posturę, jak u jakiegoś mitycznego bożka... Nie było się co dziwić, że połowa Ministerstwa Magii za nim szalała... Szkoda tylko, że on też rzucał się na połowę ministerstwa! Żałosny palant! I przegrany! U niej nie miał już żadnych szans! Co z tego, że minął już ponad rok? Ona była Weasley! A Weasley'owie tak łatwo nie zapominają! Była prawie zadowolona, gdy po powrocie do salonu okazało się, że Zabini już sobie poszedł... Pomijając fakt, że był mega niewychowanym gburem, że nawet nie raczył się z nią pożegnać!

☣☣☣

Przerzuciła plik dokumentów z jednego stosu na drugi. Czasem żałowała, że porzuciła dobrze zapowiadającą się karierę zawodniczki Qudditcha na rzecz pracy w ministerstwie. Od tego ciągłego skrobania piórem po pergaminie powoli zaczynała boleć ją głowa...
- Potrzebuję kawy – mruknęła cicho, odliczając minuty do swojej przerwy, w trakcie której planowała zdobyć czarny napój. Jednak nagle przed jej nosem zmaterializowała się filiżanka z pięknej, drogiej, białej porcelany i imbryk z kawą.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, księżniczko... - Uniosła głowę i natrafiła prosto na wyszczerzone w uśmiechu zębiska Zabiniego.
- Niczego od ciebie nie chcę! - syknęła złowrogo.
- A ja od ciebie wręcz przeciwnie. – Blaise oparł się o jej biurku i pochylił nad nią. Ich twarze znalazły się blisko siebie. - Chciałbym wiedzieć, dlaczego od ponad roku, to znaczy od naszej ostatniej randki, traktujesz mnie jak zło konieczne? Zabrałem cię do świetnej restauracji na wykwintną kolację, a ty zniknęłaś w połowie imprezy, nie dając mi nawet okazji, bym pokazał ci, jaki jestem czarujący... I od tamtego czasu nie pozwalasz nawet dłużej na siebie popatrzeć bez rzucania mi się do gardła! - Widać było, że opanowuje go coraz większa złość.
- A po co ci było moje towarzystwo, skoro Parkinson była dużo lepszym? - warknęła na niego, wstając od biruka.
- Parkinson? A co ona ma.... - Wtedy zrozumiał. Ginny musiała widzieć, jak Pansy go obejmowała... A do dziś był prawie pewien, że wyszła z powodu jego mało śmiesznego żartu o rudym łasicu...
- Tak, widziałam was przy wejściu. Miłe spotkanko, prawda? - prychnęła, próbując go wyminąć.
- Czemu mi o tym nie powiedziałaś? Wyjaśniłbym ci... - Blaise złapał ją za dłoń, nie chcąc pozwolić jej odejść.
- Puść mnie! - wyszarpnęła dłoń z jego uścisku.
- Gin, posłuchaj...
- Nie chcę cię słuchać. Toleruję cię tylko dlatego, że zależy mi na szczęściu Hermiony, a ten jej tleniony narzeczony akurat się z tobą przyjaźni!
- Dlaczego nie pozwolisz mi nic powiedzieć?
- Bo nie obchodzi mnie co masz mi do powiedzenia! I w ogóle co ty sobie wyobrażasz, że nachodzisz mnie w pracy? - Dźgnęła go palcem w klatkę, jednocześnie gromiąc go wzrokiem.
Blaise chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął bliżej siebie, jego wzrok też był chłodny. Miał dość walki z tym małym, upartym rudzielcem, którego nie potrafił wyrzucić ze swoich myśli...
Nagle drzwi do gabinetu otworzyły się i stanął w nich szef Ginny.
- O! Pan Zabini, już pan jest! Ginevro, czemu nie zaprosiłaś pana do środka? Zrób nam proszę kawy – nakazał.
Diabeł po raz ostatni spojrzał w zaskoczone oczy Wiewiórki, po czym puścił jej dłoń i skierował się w stronę gabinetu jej szefa. Ginny odetchnęła głęboko. Kawę wysłała do pokoju za pomocą zaklęcia, a sama wyszła na przerwę, mając nadzieję, że jak z niej wróci, to Zabiniego już nie będzie w pobliżu...

☣☣☣

- Miłość to magia! - darła się nieźle wstawiona przyszła pani Malfoy, stojąc na jednym ze stołów w pubie, w której organizowano dla niej wieczór panieński.
Ginny, zaśmiała się widząc wyczyny przyjaciółki i sama sięgnęła po kolejnego drinka. Miała dziś zamiar się upić. Upić do nieprzytomności i nie pamiętać o tym, co zobaczyła, gdy wychodziła wczoraj popołudniu z ministerstwa. Zabini i Brown. Razem, pod rękę. Zabini i ta głupia, pusta, durna, pryszczata, podobna do gumochłona, irytująca imitacja blondynki...
Dlaczego ją to tak bardzo zabolało? Dlaczego nie mogła przestać o tym myśleć?
- Może dlatego, że on od roku nie pokazywał się z żadną kobietą, za to milion razy zapraszał gdzieś ciebie, a ty z premedytacją posyłałaś go do diabła... Diabła do Diabła? No dobra, posyłałaś go na drzewo... Idiotko. Ty go kochasz, nieprzytomnie i beznadziejnie... - wygarnęła sama sobie, z rozpaczą przełykając kolejną porcję ginu. Spieprzyła wszystko. Wiedziała, że tak, ale nie potrafiła postąpić inaczej. Cztery godziny szykowała się na wymarzoną randkę z wymarzonym mężczyzną i ledwo się ona zaczęła, a on już ściskał się z Parkinson. Nie mogła o tym zapomnieć, ani mu wybaczyć. Kolejny drink.
- Dość tego moja panno, twój transport już czeka. – Narcyza Malfoy wyjęła z jej dłoni szklankę.
- To ostatni! Wrócę do domu a... apor... aprotracjacją – wydukała.
- Nic z tego. W takim stanie rozszczepiłabyś się na miliony kawałeczków. Tu jest bardzo miły pan, który cię odprowadzi... - Narcyza uśmiechnęła się do kogoś za jej plecami i Ginny odwróciła się, ledwo trzymając równowagę, by nie spaść z krzesła.
- Tylko nie ty! - jęknęła, znów się odwracając i w desperacji kładąc głowę na blacie baru.
- Też się cieszę na twój widok, słonko... Ale będziesz miała jutro ślicznego kaca. – Blaise roześmiał się na głos, pomagając jej wstać z krzesła.
- Odczep się, nie jestem Brown, żebyś mnie mógł obmacywać! - warknęła, czując jego ręce na swojej talii. Zabini w odpowiedzi roześmiał się cicho pod nosem i poprowadził ją w stronę wyjścia.

☣☣☣

- Porsche? Ty pozerze! – wyśmiała go, gdy doprowadził ją na parking i otworzył drzwi swojego samochodu.
- Nie mów, że ci się nie podoba – zażartował, pomagając jej wsiąść.
- Wyrywasz laski na to cacko? Słabo. – Oparła się wygodnie i patrzyła na bruneta, który zapinał jej pas, jakby była małym dzieckiem.
- Nie muszę wyrywać ich na samochód, mam coś takiego, jak urok osobisty – mrugnął do niej zalotnie, po czym zamknął drzwi i obszedł auto.
Ginny odwróciła się w stronę okna, nie chcąc na niego patrzeć. Wystarczyła jej świadomość, że on jest tak blisko... Auto ruszyło, a silnik cicho pomrukiwał...
Nawet nie wiedziała kiedy, ten dźwięk ją uśpił...

☣☣☣

- Obudź się skarbie – usłyszała cichy szept w swoim uchu. Zamrugała oczami, próbując uświadomić sobie, gdzie jest. Rozpoznała, że to klatka schodowa, w jej kamienicy. Dopiero po chwili spostrzegła, że nie stoi o własnych siłach... Tylko Zabini trzyma ją na rękach. - Nie zabrałem różdżki, a masz na drzwiach jakaś barierę – znów mruknął jej do ucha. Ginny szybko przyłożyła rękę do drzwi, a te otworzyły się.
- Możesz mnie postawić – burknęła, gdy znaleźli się w jej mieszkaniu.
- Zaniosę cię do sypialni – zaproponował, a Ginny zaczerwieniła się ogniście.
- Nie. Postaw mnie, dam sobie radę – zażądała. Blaise niezbyt chętnie postawił ją na środku salonu, ale wciąż obejmował ją w talii, wiedząc, że Ruda wypiła dziś sporo alkoholu.
- Dzięki za transport do domu – powiedziała cicho, nawet na niego nie patrząc.
- To była przyjemność... - Zabini odwrócił ją twarzą do siebie i zatknął kosmyk jej rudych włosów za ucho. Dziewczyna zadrżała pod wpływem tej pieszczoty, tym bardziej, że Zabini przesunął swoje palce na jej policzek, głaszcząc go delikatnie. - Ginny... - szepnął cicho, przysuwając się do niej.
Wiedziała co chce zrobić, ale nie wiedziała. czy powinna mu na to pozwolić... Niestety, nie dał jej zbyt dużo czasu na zastanowienie się nad tym, gdyż jego usta delikatnie musnęły jej pełne wargi.
To było jak porażenie jakimś zaklęciem. Poczuła jak przez jej ciało przepływa najczystszej postaci magia. Zabini całował wspaniale, a ona z przyjemnością oddawała te pocałunki, rozkoszując się jego ciepłem, dotykiem, zapachem...
- Jesteś taka słodka... - zamruczał jej do ucha, a ona poczuła w sobie pożądanie, tak duże jak jeszcze nigdy w życiu.
Sięgnęła dłońmi do jego koszuli, by rozpiąć ją najszybciej jak się dało, on w tym czasie wsunął dłonie pod jej bluzkę, pieszcząc jej plecy. Ginny kręciło się nieco w głowie od nadmiaru alkoholu i emocji, była jednak pewna, że tego chce... Rozpięła jego koszulę do końca i przesunęła dłońmi po jego dobrze zbudowanej klacie. Blaise zamruczał cicho i szybkim ruchem zerwał z niej bluzkę.
- Taka piękna... - wyszeptał, znów desperacko wpijając się w jej wargi. Ginny chwyciła za jego rozpiętą koszulę i pociągnęła go w stronę swojej sypialni, by móc skończyć to co zaczęli... Jednak gdy Blaise zobaczył łóżko, wyraźnie się zawahał.
- Nie, nie mogę Ginny... - stwierdził, łapiąc jej ręce, które planowały właśnie pozbyć się jego koszuli.
- Co? - zapytała, przytomniejąc trochę. Jego odmowa była dla niej, jak cios prosto w twarz. Marzyła o nim... O tym, co mógłby jej dać, a on wycofuje się w takim momencie? Zamrugała gwałtownie chcąc powstrzymać łzy, a Blaise w tym czasie szybko zapiął swoją koszulę.
- Skarbie, zrozum... Wypiłaś dziś trochę, nie chcę byś tego jutro żałowała... - tłumaczył kulawo.
- Wyjdź! - Ginny odwróciła się do niego plecami, gdy zdradzieckie, słone krople wypłynęły jej na policzki.
- Chciałbym, by to było wyjątkowe... Gin, ja... ja cię...
- Wynoś się! - krzyknęła, ruszając w stronę drzwi od łazienki.
Nie chciała go słuchać.
Nie chciała go widzieć.
Jedyne co chciała to o nim zapomnieć...

☣☣☣

Ogród w rezydencji Malfoy'ów powoli zapełniał się gośćmi. Lucjusz i Narcyza witali wszystkich ze szczerymi uśmiechami, a rodzice Hermiony stali wśród swoich znajomych, których zaprosili na wesele córki. Ron i Harry zasiedli po stronie panny młodej z dość kwaśnymi minami, czekając na to, aż ich najlepsza przyjaciółka poślubi bladą fretkę. Ginny wyszła z pokoju Hermiony, gdzie przez ostatnie dwie godziny była zajęta uspokajaniem panny młodej. Ciekawa była, czy Draco denerwował się w równym stopniu co jego przyszła żona? Ona sama również się denerwowała... To dziś miała zobaczyć go po raz pierwszy od tej chwili, gdy wygoniła go ze swojego domu. Jego wymówka, że nie chciał z nią tego zrobić z powodu jej upojenia, wciąż wydawała jej się taka żałosna... Westchnęła cicho i weszła do ogrodu. Uroczystość miała za chwilę się zacząć, a ona miała przejść pod ołtarz w towarzystwie jednego ze świadków...
Luna stała już w towarzystwie Theodora Notta, a ona jako pierwsza druhna Hermiony, musiała złapać pod rękę...
- Witaj Ginny, przepięknie wyglądasz... Zresztą jak zawsze – usłyszała głos za swoimi plecami. Powoli odwróciła się do uśmiechniętego Zabiniego, który na jej nieszczęście, wyglądał cudownie w odświętnej szacie.
- Darujmy to sobie. Nie musimy rozmawiać. Wypełnijmy swoje role i pożegnajmy się raz na zawsze. – Hardo uniosła głowę, w myślach przysięgając sobie, że nie będzie płakać. Blaise uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym szarmanckim gestem zaofiarował jej swoje ramię.
Orkiestra zaczęła przygrywać piękną, łagodną melodię, a Luna i Theodor ruszyli jako pierwsi. Ginny odetchnęła głęboko i złapała Zabiniego pod ramię, czekając na swoją kolej.
- Wyjdź za mnie – wypalił nagle Diabeł.
- Co? - zapytała, sztywniejąc.
- To co słyszałaś. Jest mistrz ceremonii, ja mam odświętną szatę, a ty wyglądasz jak anioł. Podejdźmy do ołtarza i powiedz mi tak, niczego innego nie pragnę... - wyszeptał.
- Ty chyba zwariowałeś człowieku! - warknęła na niego, chcąc wyrwać swoją rękę, ale on jej na to nie pozwolił. Właśnie przyszła ich kolej, by ruszyć w stronę ołtarza.
Ginny szła sztywno, nie chcąc pomylić kroków i modląc się, by Zabini nie wygłupił się jeszcze bardziej, bo była na sto procent pewna, że te oświadczyny to tylko jego kolejny, głupi żart.
Gdy podeszli już pod sam ołtarz, miała wrażenie, że Blaise nie puści jej ręki... Wyglądał jakby nad czymś bardzo się wahał, ale w końcu puścił ją i stanęli po dwóch różnych stronach, czekając na przybycie państwa młodych. Nie mogli jednak się powstrzymać, od rzucania sobie ukradkowych spojrzeń.

☣☣☣

Wesele było bardzo udane, a po kilku głębszych nikt już nie pamiętał o koligacjach rodzinnych ani o mugolskim pochodzeniu części gości. Wszyscy bawili się razem. Ginny siedziała samotnie przy stole, z czułością patrząc na szczęśliwą Hermionę, wtuloną w ramiona swojego męża...
Nagle przed jej nosem pojawił się kieliszek czerwonego wina. Uniosła głowę i znów oślepił ją porażający uśmiech Diabła.
- Napijesz się ze mną? - zapytał, przysuwając sobie krzesło.
- Nie powiedziałam, że tak! - burknęła, patrząc jak przy niej siada.
- Uznajmy, że się zgodziłaś...
- Uznajmy, że jesteś nienormalny... A nie, czekaj! To szczera prawda! - prychnęła, próbując wstać, jednak Blaise położył dłoń na jej kolanie, przytrzymując ją w miejscu.
- Zabieraj łapska! - warknęła, próbując odkleić jego palce od siebie.
- Nie! Siadaj do cholery, ty ognisto-rudy uparciuchu i słuchaj! - Ginny zamrugała, zdziwiona, słysząc złość w jego głosie.
- Mam tego dość. Dość pogoni za tobą, jakbyś była jakimś lisem, a ja polującym na ciebie idiotą! Prosiłem, groziłem, błagałem i nie wiem, co jeszcze, byś dała mi szansę, a ty uparłaś się na nienawiść do mnie, nawet nie dając mi prawa do wyjaśnień! Pansy uściskała mnie w restauracji i ucałowała, bo powiedziałem jej, że jestem z tobą! Gratulowała mi, bo wiedziała, jak zależało mi na tym spotkaniu! A ty zrobiłaś z tego wielki problem, gdyż widziałaś jak przyjaciółka mnie przytuliła i pocałowała w policzek!
- Zostawiłeś mnie samą przy stole, by się z nią obściskiwać! - syknęła przez zaciśnięte zęby.
- I tylko dlatego mnie skreśliłaś? Dlatego od tak dawna nie dajesz nam szansy na szczęście? - zacisnął mocniej dłoń na jej kolanie.
- Daj mi spokój, Zabini. Nie wiem po co w ogóle z tobą rozmawiam po tym, co zrobiłeś ostatnio! - Nerwowym ruchem spróbowała odtrącić jego rękę, ale Blaise złapał ją za dłoń.
- Myślisz, że ja nie miałem ochoty zaciągnąć cię do łóżka? Że łatwo było mi zrezygnować? Niczego nie pragnąłem bardziej niż być z tobą tamtej nocy! Ale mam do ciebie szacunek! Szanuję cię, bo jesteś piękną i wyjątkową kobietą. Nigdy nie chciałbym cię wykorzystać!
- Szlachetny z ciebie palant! A teraz mnie puść! - zażądała, usiłując wyszarpać rękę.
- Nie! Nie widzisz, głupia, co usiłuję ci powiedzieć? Kocham cię, Ginny... - Rudej dosłownie opadła szczęka. Spodziewałaby się po nim wszystkiego, ale na pewno nie takiego wyznania... - Kocham cię od dawna i robię wszystko co mogę, byś zwróciła na mnie uwagę... Ostatnio nawet umówiłem się z tą pustą lalą Brown, mając nadzieje, że oprzytomniejesz i zrozumiesz...
- Niczego nie rozumiem – wyszeptała.
- Ja też nie. Wiem tylko, że cię kocham... Ale nie mam dłużej siły walczyć o twoją miłość. Rozumiem, że cię zawiodłem, ale liczyłem, że dasz nam jeszcze jedną szansę, że nie zrezygnujesz tak łatwo... Jednak teraz widzę, że nie ma już szans.
- Ja... ja...
- Wiem, że mnie nie chcesz i pogodzę się z tym. Chcę tylko żebyś wiedziała, że byłaś wszystkim, czego chciałem. Widać los jednak postanowił nie być dla mnie łaskawy. - Po tych słowach Zabini wstał i już po chwili zniknął jej z pola widzenia gdzieś w tłumie gości. Ginny nawet nie zorientowała się, gdy na jej policzki wypłynęły łzy. Kochał ją. Naprawdę. Nie mogła mu nie wierzyć.
Zerwała się z miejsca, by go poszukać. Musiała mu powiedzieć, że nie ma racji sądząc, że to przegrana sprawa.
Nie wszystko jeszcze stracone...

☣☣☣

Znalazła go nad niewielkim jeziorkiem, w dalszej części wielkiego ogrodu Malfoy'ów. Stał i popijał whisky, smętnie wpatrując się w taflę wody.
- Blaise... - wyszeptała cicho, a gdy zdziwiony mężczyzna odwrócił się w jej stronę, podbiegła i rzuciła mu się w ramiona.
- Ginny... - Ruda rozszlochała się, mocno go przytulając, a Diabeł z radością oddał ten uścisk.
- Przepraszam, ja... nie... nie rezygnuj z nas... - wyszeptała, a łzy wciąż spływały po jej policzkach. Zabini wyszczerzył się w uroczym uśmiechu.
- Nie miałem zamiaru... Po prostu chciałem zobaczyć co zrobisz, gdy powiem ci, że rezygnuję... Jak widać, opłaciło się. – Zaśmiał się, wyraźnie szczęśliwy.
- Ty... ty... och! Nienawidzę cię! - Ruda klepnęła go w ramię, po czym śmiejąc się cicho znów się w niego wtuliła.
- Nieprawda skarbie, tak serio to mnie kochasz – zamruczał jej do ucha, wciąż ją przytulając.
- Kocham, co nie zmienia faktu, że naprawdę jesteś mężczyzną z piekła rodem...

☣☣☣


Koniec

4 komentarze:

  1. Cudowne. Naprawdę cudne. Świetnie oddany charakter Ginny. Cuuudo <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudowne. Naprawdę cudne. Świetnie oddany charakter Ginny. Cuuudo <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Śliczne, przepiękne, przecudowne... Długo mogłabym wymieniać! <3
    Garielka

    OdpowiedzUsuń
  4. Wspaniałe... Zarówno Blaise jak i Ginny oddani perfekcyjnie. Mam tylko jedną uwagę:"(...) najlepsza przyjaciółka poślubi bladą fretkę. (...)". Według mnie lepiej by brzmiało : "(...) wyjdzie za bladą fretkę. (..
    )". To taka jedna uwaga. Ogólnie, opowiadanie genialne. Jak wszystkie Twoje.

    OdpowiedzUsuń